V Puchar Bielan warszawa 15.01.2012



Co roku dźwiganie krzyża maratońskiego rozpoczynałem w okolicach kwietnia a styczeń był drugim miesiącem przygotowań do kolejnego sezonu.

W tym roku zaczęło się inaczej, ale nie do końca. Pierwszy start w styczniu, dodatkowo półtora miesiąca od zakończenia poprzedniego sezonu, już w pierwszym tygodniu od czasu wznowienia treningów… ale start faktycznie „na niby”, nietypowo, z celem kompletnego przepalenia rury przez pół godziny, aby ustalić strefy treningowe.

Maratonowy niedźwiedź jeszcze mocno śpi i o tej porze roku, nie ukrywam, ciężko było stanąć na starcie. Wyścig miał być tylko dla stref, a tymczasem całkiem przyjemne bieganko z tego wszystkiego wyszło.

Sam bieg jak bieg. Chomiczówka - miejsce znane z wypraw zawodowych może już teraz z bardziej przyjemnymi rzeczami będzie się kojarzyć.

Start bez sensu – tym razem ustawiłem się za daleko i pierwsze pół kilometra zajęło przebijanie się do przodu a później już patrząc na pulsometr ponad 190 się zapodało i równe tempo do końca udało się utrzymać.

Do poprawy zdecydowanie sznurowanie butów, jeden wymuszony pit stop na wiązanie sznurówek a później to już mi się nie chciało zatrzymywać i na całe szczęście z rozwiązanym butem do mety udało się dobiec bez uszczerbku.

Na mecie czas 24’30 i nawet Tow. Rybka podkreślił że nie ma tragedii.

Trudno było się zdecydować na start, ale po zakończeniu trzeba przyznać , że świeże powietrze, start wśród kilkuset innych, lepszy jest niż samotny trening w zamknięciu. I mimo pewnej nieśmiałości i obaw, które przypałętały się przed startem, co najmniej jeszcze ze dwie startowe przebieżki przed marcowym maratonem trzeba będzie pewnie zrobić. Miejmy nadzieje, że to, że będą o tak wczesnej porze sezonu treningowego nie wpłynie na fakt, że do końca sezonu nie dociągnę. Na szczęście sezon specyficznie kończyć się będzie w tym roku dość szybko.

ddddddd




VI Grand Prix Warszawa 11.02.2012



Warszawskie grand prix stanowiło kolejny etap przygotowań do marcowego maratonu. Tym razem przyszło rozdziewiczyć po raz pierwszy w swoim piernikowym życiu dystans 10 km.

To piernikowe trzeba już niestety chyba zmienić na geriawitowe, bo widać że zaczynam się pomału sypać. Za mocny trening w poprzedzającym tygodniu, w tym za mocne siłownie, testowanie nowych butów biegowych i po zawodach mocno niepokojący ból kolana w okolicach rzepki się wkradł. Trzeba uważać.

Jeśli chodzi o same zawody w jednym aspekcie były rekordowe – to najniższa temperatura, w której startowałem – było coś koło minus 12 stopni.

Czas bez rewelacji ale i bez tragedii jak na zalegający śnieg i lód - 53’20, a cieszyć się należy może nie z prędkości przelotowej a z tego że cały czas właściwe tempo udało się utrzymać, a z tego co czuć było, trochę w takim tempie bym jeszcze pociągnął.

Zimno na trasie ale w porównaniu z rowerowaniem biegać przy minus 12 można spokojnie. W stopach komforcik, końcówki palców u rąk nie marzną i rundę po lesie kabackim z przyjemnością dało się przebiec.

A na mecie herbata, grochóweczka, ciepła bułeczka i spokojnie można się było zregenerować a teraz czekać już na kolejny tym razem półmaratonowy start.

ddddddd




VII (4) Rzym 18.03.2012r 4.26,27



Biorąc pod uwagę cele sportowe, w sezonie 2012 nietypowo wracam do wyznaczenia jednego głównego celu, którym jest lipcowy IM. Oprócz tego, w ciągu roku będą starty ważniejsze i w większości starty „just for fun”. Maraton w Wiecznym Mieście miał być głównym celem (a właściwie celikiem) wiosennym, z założeniem (a właściwie pobożnym życzeniem) przekroczenia bariery 4 godzin.

Zmiana techniki biegu z pięty na śródstopie, zwiększenie kadencji, wybieganie - wszystko miało przybliżyć do celu. Miało ale nie przybliżyło. Błędy treningowe i kontuzja kolana, która na 4 tygodnie skutecznie uniemożliwiła przygotowania do startu zrobiły swoje. I tak zamiast biegać po okolicznych lasach i zdobywać niezbędny kilometraż organizm musiał aplikować sobie ponadprogramowe godziny pływania z deską i siłowni. Nie ma jednak tego złego..– przynajmniej bardziej ironmanowego wyglądu przez te tygodnie nabrałem.

Biegania owszem trochę było ale tylko na stadionie i niezbyt długiego a po tych trochę dłuższych zawsze nerwami się kończyło i rozważaniami czy ból pozwoli na start. Ostatni większy ból pojawił się jeszcze w poniedziałek przed maratonem. I dopiero w sobotę, jakoś tak gdy na rzymskiej trawce na wiosennym słoneczku nogę odsłoniłem i wygrzałem, wreszcie zew natury poczułem i psychicznie się odblokowałem.

Start nietypowo, z końca wbrew temu jak to sobie wymyślałem jeszcze w zeszłym roku i tutaj wielki błąd. Pierwsze kilometry w grupie na 5 godzin, później korki, kostka. I obserwacja kolana. Gdy okazało się że nie dokucza lekkie przyspieszenie i dotarcie stosunkowo szybko do grupy na 4h30’. Niestety okazało się że lepiej już biec się nie dało.

Od 18tego km znowu zacząłem odczuwać kolano ale przy medycznym punkcie jakiś aerozol i przygotowany wcześniej antybólowy proszek (pewnie bardziej na psychikę niż na ból) pomogły i tak już dalej cały czas wzorcowo swoim tempem do mety dobiegłem i w czwartym maratonie w życiu drugi wynik w historii osiągnąłem. I tak co dwa tygodnie wcześniej ze względu na kolano brałbym w ciemno po osiągnięciu mety skończyło się niedosytem bo do życiówki 2 minut zabrakło a te 2 minuty w korkach na początku spędziłem a i przez ten tłok i mijanie zwłok patrząc na gps 400 metrów ponadprogramowych biegu wyszło.

Reasumując sportowo, po tych swoich biegowych doświadczeniach widać, że może kiedyś dociągnę do 4 godzin ale będzie ciężko przy dotychczasowym trybie przygotowań. Z dwóch biegowych treningów tygodniowo i braku wybiegania ( a i niestety wrodzonych talentów) wyniku nie będzie, bo jeśli max raz w ciągu 2 miesięcy przebiegło się 18 km w ciągu dnia i kilkanaście razy po 12 km to nie ma co liczyć na więcej a wręcz wypada się cieszyć że osiągnęło się tyle, praktycznie swoim tempem, „bezboleśnie” bez żadnych ścian i innych kryzysów.

A sam maraton. Chyba nigdzie indziej nie jest tak poprowadzony, że zahacza o wszystkie atrakcje turystyczne Najpierw jeszcze na odkrytym słońcu, później nad Tybrem przez Watykan i wisienka na torcie końcowe 10 km po Wiecznym Starym Mieście z Piazza Navona, schodami hiszpańskimi fontanną di Trevi i tak sobie biegłem, biegłem i na to wszystko patrzyłem (wcześniej przygotowany z topografii pamiętając jak obok Sagrady w Barcelonie w zeszłym roku przebiegłem i jej nie widziałem) i do Coloseum dobiegłem. Atrakcje turystyczne to wielki plus. Jeden wielki minus, że wszystkie poprowadzone są po kostce i 10 km biegania po twardym nierównym też pewnie wpływa na gorszy czas. Na usprawiedliwienie gorszego wyniku także niewielkie ale jednak pagórki. Wielki minus to najgorszy doping ze wszystkich dotychczasowych startów, takiej beznadziei jeszcze nie przeżyłem, a przebiegnięcie przez ciszę starego miasta taki jakiś nieziemski klimat wytworzyło.

Nigdy nie lubiłem zbytnio Rzymu, za ten brud, południowe klimaty manianowe, niedziałające kasowniki, spóźniające się pociągi, kolejki na lotnisku.– tutaj widać bez zmian i po tych latach od mojej ostatniej rzymskiej wizyty widać teraz dobrze jak poszliśmy do przodu w naszej Ojczyźnie.

Gadżetowo słaba koszulka, fajna torba, tłok na mecie ale usprawiedliwiony sąsiedztwem ruin, beznadziejne a właściwie brak jedzenia na mecie później tłok z dotarciem do metra, ale po wyjściu z metra na każdym rogu pizza na kilogramy na uzupełnienie strat i to jest to. I wszystko może być beznadziejne ale programik komputerowy pozwalający obejrzeć film ze swoich występów co 5 kilometrów rulez ! I tak sobie oglądam tą pomarańczową koszulkę i nie jest źle, nie ma powłóczenia nogami i jest w miarę niezła technika. A po wyścigu nie trzeba już sidokremu używać i nie trzeba odcisków i zadrapań leczyć i tym samym widać, że zrobiłem kolejny duży maratonowy skok.

ddddddd




145 Maraton Terenowy Blisko Otwocka - Otwock 14.04.2012



Otwockie mtbo z uwagi na dogodne terminy, dobrą organizacje i odległość od miejsca zamieszkania do miejsca startu na stałe weszły już do mojego kalendarza startowego. W większości traktowane były treningowo, tym razem miały stanowić przebieżkę przed harpaganem.

Po ekstrapolacji dalszych okolic tegoroczna wiosenna edycja trafiła do kolebki - miasta nierównych i dziurawych chodników. Otwockie rejony sprawdzały się jak najbardziej w czasach mazovii i jak na bliskość stolicy tereny do mtb całkiem niezłe zawsze były, choć jako mocno piaszczyste zostały zapamiętane. Tym razem bardziej na błoto trzeba było się nastawić (w dodatku mocno jeszcze popadało przed zawodami).

Do zdobycia było15 punktów i pierwsze frajerstwo już przy przeglądzie mapy się wkradło bo odwrotnie odczytałem punkty wagowe. Jeśli chodzi o orientacje spokojnie bardzo przyjemnie jak po sznurku wszystko szło aż do pktu 13tego, na którym wyszło frajerstwo orientacyjne spotęgowane mocno przez brak wody i jedzenia a żadnych sklepów w okolicy nie było. Trochę zapomniałem jak się orientować trochę wyszło też kwestii technicznych – brak żeli, niedokręcone bloki - dobrze że wszystko wyszło akurat teraz.

I tak z frajerską zdobyczą zera punktów w ciągu ostatnich dwóch godzin nie pozostało nic innego jak wrócić na metę na zupkę i pomarańcze. Organizacja z roku na rok lepsza, wszystko dopięte na ostatni guzik, punkty zgodne z mapą a jeśli chodzi o mapę dawno nie było już takiej w której tak by się zgadzały przecinki.

Tereny na południe od Otwocka niezbyt atrakcyjne ale pochodziło się trochę po bagnach, błotach pozdobywało przepusty, paśniki i zrobiło naprawdę solidny przedharpaganowy trening.

A forma. W tym roku szczyt ma być w lipcu. Przez 3 tygodnie po Wielkim Biegu udało się jakiś rowerowy mikrocykl treningowy zrobić, w Otwocku wystarczyło to na solidne tempo przez 7 godzin ale na harpie będzie ciężko.

I tak mnóstwo refleksji okołostartowych się pojawia, bo dawano już nie byłem o tej porze roku tak nieprzygotowany, choć z drugiej strony dawno też takiej solidnej bazy treningowej nie miałem i kto wie może nie powypruwam flaków na harpie ale przez 12 godzin solidny dystans przejadę.

A jeśli chodzi o kolejne refleksje to trzeba odnotować jeszcze jedno. Wyścigiem w mieście nierównych i dziurawych chodników rozpocząłem jubileuszowy 10ty kolarski sezon wyścigowy.

27.04.2003r na moście w Fordonie wystartowałem sobie w Bydgoszczy - wtedy w kraju ścigało się na rowerach kilkaset osób - teraz kilka tysięcy. I jaką drogę przeszedłem, w jakim momencie rowerowego życia się znalazłem. Zamiast goślinowego przedgórskiego przetarcia u dyrektora Dżi Dżi pojechałem do Otwocka a w sezonie zamiast górskiej wyrypy jakieś szosóweczki w triatlonie będę zaliczał.

I zostało tylko wyniki w necie pooglądać, kto jak się do sezonu przygotował i pozazdrościć kolegom bo trasy w tym roku u Dyrektora mocno zmienione a ja jeśli się na którejś pojawię to nie pościgać a powspominać stare dobre czasy licząc że kiedyś jeszcze powrócą


146 Harpagan Czarna Woda 21.04.2012



Mimo że jeszcze nie w stuprocentowej dyspozycji, to właśnie wiosennego harpagana postanowiłem umieścić dość wysoko w hierarchii celów a już na pewno zawędrował najwyżej wśród tegorocznych celów MTB.

Niestety zła passa wciąż trwa. Po dotarciu na pierwszy punkt kontrolny urwałem wózek przerzutki i nie pozostało nic innego jak po pół godzinie wrócić mocno wkurzonym na metę i tym samym nie zrealizował się już drugi z tegorocznych celów z przedziału 3-6.

A szkoda. Zmienił się twórca tras i była szansa na odczarowanie harpagana i powrotu do starych dobrych czasów i okolic gdzieś drugiej dziesiątki. Już pierwszy wgląd na mapę i sposób punktowania wskazywał, że wraca stare. I być może punkty nie były pochowane po krzakach ale tego już nie mogłem sprawdzić.

Jeśli chodzi o atmosferę okołostartową, jakoś tak uszło powietrze, niby rekordowa liczba startujących, niby dużo znajomych ale też refleksja ilu znajomych już nie startuje. I jest już nie tylko ekstremalnie ale i częściowo ekstremalnie jakieś półharpagany w wersji soft. Ja akurat w tym aspekcie pozostaje tradycjonalistą bo dla mnie 200 km, 12 godzin i 20 punktów to wzór orientacji. I tak bym sobie jeszcze pewnie długo ponarzekał ale dosyć, bo wszystko to zapewne przez wkurzenie wycofaniem z wyścigu. Na koniec więc plus, jeszcze jedna rzecz, którą należy odnotować, a której nie udało się zorganizować przez poprzednie 43 edycje – wcześniejszy odbiór numerów startowych jest jednak możliwy i jakoś świat się nie zawalił i jakie to proste.

Ponieważ ostatnio nie pozostaje nic innego jak w morzu szarości szukać jakiś pozytywów to pierwszy mały, że wreszcie był czas by zatrzymać się w drodze powrotnej i pewien zamek obejrzeć a drugi duży, że wieczorem zamiast zdychać po 12 godzinach wyrypy, w Wiecznym Mieście można było sobie rockowo – piknikową podróż do przeszłości urządzić i przypomnieć, że pomimo przeciwności „Wolnego Ptaka z Wiecznego Miasta nie złamie nic! A kolejny raz poszybować pod wiatr będę miał okazję już wkrótce już tylko na swoich skrzydłach, nie uzależniony od maszyny i niech wreszcie w tym roku poniesie mnie wiatr!”.


VIII (2) Silesia półmaraton Katowice 2.00,52


Pierwotnie majowy półmaraton miał być przetarciem przed triathlonowymi połówkami, a na miejsce przetarcia wybrałem kolejną podróż do przeszłości – Stalinogrodu - miejsca, z którym jeszcze kilka lat temu mocno byłem związany prywatnie i zawodowo.

Znowu była więc okazja posłuchać „Say hello to heaven” i „Reach down” i popatrzeć z okien pociągu wjeżdżając w śląsko- zagłębiowskie klimaty jak nic przez te lata w krajobrazie się nie zmieniło a z drugiej strony popodziwiać przez pryzmat czerwonej fontanny z okien tramwaju jadąc z centrum Katowic do Chorzowa jak wiele się zmieniło i jak rozwija nam się to wszystko.

Sportowo w tym momencie sezonu bardziej nastawiałem się na harpagana. Awaria roweru, wczesne wycofanie spowodowały, że trzeba było psychicznie się poprzestawiać i umieścić silesia półmaraton wyżej w hierarchi celów.

A celem głównym oczywiście życiówka, ale tak gdzieś taka na jaką mnie stać, coś koło 1:55 może trochę lepiej . Pomimo, że na bicie życiówki nie wybiera się zawodów, w przypadku których na trasie maratonu rekord trasy to coś koło 2:25, z nieustannymi podbiegami, z nieprzewidywalna pogodą od śniegu w zeszłym roku do upałów w roku bieżącym, życiówka jednak jest, byle jaka ale jest . W dodatku złość okrutna zapanowała, bo zabrakło 53 sekund żeby w osiągniętym wyniku napisać na początku 1 godzina. Wynik jednak to jedyna rzecz z której mogę być niezadowolony.

Przewyższenia i upał sprawiły swoje, ale biegło się rewelacyjnie. Najpierw trzeba się było w bieg wkręcić Te pierwsze 5 kilometrów, pod górę dramatycznie jakoś, później jednak coraz lepiej. Półmetek w 1h3’ a druga część w 57’ – wszystko mówi za siebie. Widać, ile dają specyficzne treningi które ostatnio zapodaje.

Jak już się wkręciłem w bieg to udało się naprawdę przyzwoita prędkość osiągnąć. I tak sobie biegłem, wyprzedzałem i jakiś flow złapałem i chyba po raz pierwszy taki długi w życiu (w pierwszym maratonie nogi nie nadążały jeszcze za głową). Czekałem na to prawie dwa lata i chyba się doczekałem. Poczuć to coś – bezcenne, coraz wyższe inżynieroobroty do 198 na pulsometrze w przegranej o 53 sekundy walce na finiszu. Nie ma co popadać w hurra optymizm, ale wreszcie widać coraz więcej tego wybiegania a co może przede wszystkim tego obiegania.

Trasa gdyby nie te podbiegi rewelacyjna. Szkoda tego niezaliczonego Nikiszowca z pierwszej części normalnego maratonu. Zostały jednak klimaty żółtych pól za Siemianowicami, industrialne pustynie chorzowskie, szyby górnicze, familoki (w trzech ostatnich chyba należę do nielicznych którym się podobało) a na koniec bieganina po parku rozrywki. I tylko szkoda że Silesia jest tak ciężkim maratonem, bo z pewnością wpływa to na niską frekwencje, którą się cieszy.

Organizacja bez zarzutu, wbiegłem w grupie jeszcze walczącej a nie maruderach, także kibice nie wchodzili na trasę, gadżety rulez - kolejny plecak i koszulka do kolekcji, wreszcie bez korków cały czas swoje. Na szczęście też nie dałem się w ten "ordnung muss sein" wkręcić i po ulicach biegałem wybierając najkrótszą drogę co w konsekwencji dało tylko kilkadziesiąt metrów więcej niż przepisowe.

O ile na rowerze upały mi nie szkodzą a wręcz przeciwnie porównując się z kolegami osiągam zawsze lepsze rezultaty to dotychczasowe starty biegowe w upale miałem wręcz dramatyczne. Tutaj czuje że coś się przełamało i chyba już nauczyłem się właściwie planować gospodarkę wodną, w czym pomogły kurtyny wodne a niestety nie pomogło rozstawienie bufetów tylko co 5 kilometrów

Tym samym wreszcie w tym roku po raz pierwszy jestem zadowolony ze startu a i co ważne złość sportowa mocna się wkradła i już nawet zawodów poszukiwania się rozpoczęły żeby znaleźć coś półmaratonowego by przełamać te dwie godziny. I może by się jakieś zawody znalazły ale czasu nie ma, nie jestem w stanie pogodzić tego wszystkiego chociaż w odróżnieniu od mtb w którym zostało już tylko „just for fun” w bieganinie jest naprawdę wiele do zrobienia.

Czas leci nieubłaganie i trzeba już pomału połączyć swoje umiejętności rowerowe z dążącymi do umiejętności pseudoumiejętnościami biegowymi oraz pseudoumiejętnościami pływackimi by w triumiejętności to wszystko zmienić . Do głównego celu zostały tylko dwa miesiące!



inżynBiKer


wjedź do strony głównej

ddddddd